
#029 Udomowienie Człowieka
Udomowienie człowieka to coś podobnego do udomowienia psa albo konia. Ale jednocześnie rzecz jedyna w swoim rodzaju. Poruszyłam ten wątek w książce „Życie towarzyskie mózgu”, ale ciągle wracam do niego myślami. To jakoś nie przestaje być dla mnie niesamowite.
Na pierwszy rzut oka temat brzmi tak całkiem lajtowo, pluszowo i milusio. Ale nie daj się zwieść. Jest tu dużo o agresji, naturze człowieka, a nawet o zabójstwach i karze śmierci. Ale spokojnie. Pojawią się też wątki bardzo optymistyczne. A do tego trochę o szympansach, bonobo, a także o srebrnych lisach.
Ludzie kiedyś byli inni
Zacznijmy od tego, że nasi najbliżsi kuzyni to szympansy, goryle i orangutany. Ale szympansy zdecydowanie najbardziej. Kiedyś, a dokładniej 6-7 mln lat temu, mieliśmy wspólnego przodka. Wtedy nie było ani szympansów, ani ludzi, tylko taka małpo podobna istota, z której dalej rozwijały się oba gatunki. O jakieś formie człowieka możemy mówić dopiero od ok 2 milionów lat. Natomiast ludzie tacy, jakich znamy z lustra, chodzimy po tym globie dopiero 200 tysięcy lat.
Przez cały ten czas człowiek ewoluował. I 7 mln lat temu, i 2 miliony, i milion, i 200 tysięcy lat temu. Ewolucja nie śpi i robi swoje. I zgodnie z jej prawami człowiek dostosowywał się do środowiska, w którym żył. Zyskał wyprostowaną sylwetkę, zaczął używać narzędzi, posługiwać się mową. Nauczył się wielu przydatnych rzeczy. Np. polować w grupie, uprawiać rolę, a ostatecznie nawet składać meble z IKEI.
Mały, większy, największy
Paleontolodzy są tym wszystkim zachwyceni, a najbardziej tym, że wraz z rozwojem i ewolucją niesamowicie rósł i rozwijał się ludzki mózg. Postęp jest szalony. Współczesne szympansy i nasi praprzodkowie sprzed 7 milionów lat mieli mózgi wielkości dużego grejpfruta, około 300 ml. Pierwsi ludzie, czyli Homo habilis to już dobre pół litra, a homo erectus niecały litr, czyli taki powiedzmy kartonik z mlekiem. Największe mózgi mieli neandertalczycy i współcześnie z nimi żyjący homo sapiens. Wtedy nasze mózgi wypełniały objętość równą półtora litra.
Ale uwaga, jakieś 30-40 tysięcy lat temu ten trend się odwrócił. Ludzki mózg zaczął maleć. Czemu? Bo człowiek się udomowił. Dokładnie tak, jak udomowił psy, krowy, świnie, gęsi i konie.
Udomowienie, czyli co?
Człowiek udomowił ponad 20 gatunków. Oswoił więcej, ale to nie to samo. Bo oswojone gatunki nie różnią się od dzikich, a udomowione już tak.
Zawsze chodziło o to samo, żeby udomowione zwierzę jak najbardziej służyło, a było jak najmniej groźne. Krowa to udomowiony tur, a wspomniany pies to udomowiony wilk. Nowy gatunek, trochę podobny do wyjściowego, ale jednak wyraźnie zmieniony.
No to ogólną ideę już mamy. Zwierzęta domowe mają być łagodne, a przynajmniej łagodniejsze niż ich dzicy krewni. Mają się lepiej czuć w towarzystwie człowieka, nie bać, nie uciekać, nie reagować stresem czy agresją. Wszystko jasne.
Ale uwaga, są też takie cechy zwierząt udomowionych, które nie do końca są potrzebne, a jednak często występują w pakiecie. Nie są kluczowe, ale i tak pojawiają się w procesie selekcji, czyli pod wpływem udomowienia. Czasem wszystkie na raz, a czasem tylko kilka.
Nieoczywiste zmiany
Krótki pysk, mniejsze zęby, mniejsza różnica w wyglądzie i zachowaniu między osobnikami różnych płci, opadnięte uszy, zakręcony ogon, białe łaty, dziecinne, czy raczej szczeniackie zachowanie, mniejszy mózg. Wypisz wymaluj człowiek. Pomijając oczywiście zakręcony ogon i opadnięte uczy. Reszta się zgadza. Cały ten pakiet cech nazywa się zespołem domestykacji. I ten zespół domestykacji widać wyraźnie także u nas samych.
Gdy porównujemy naszych praprzodków sprzed powiedzmy 50-100 tysięcy lat i nas samych, widzimy bardzo podobne zmiany. Mamy mniejsze, delikatniejsze twarze, mniejszy mózg, mniejsze zęby i dłużej zachowujemy się jak osobniki młode, np. chętnie bawimy się nawet w dorosłości. I z takiej obserwacji właśnie wzięła się ta lekko zaskakująca hipoteza naukowców o samo udomowieniu człowieka.
Udomowienie człowieka, czyli „samo-domestykacja”
Czy gatunek może udomowić się sam? I to nieświadomie? Wygląda na to, że tak. Mamy przynajmniej jeden przykład wzięty z natury. To Szympansy Bonobo.
Długo nie wiedziano, że to osobny gatunek. Po prostu nie rozróżniano zwykłych szympansów od ich bliskich krewniaków Bonobo. Bo na pierwszy rzut oka naprawdę nie wiele je różni. Linie rozwojowe tych dwóch gatunków rozeszły się zaledwie 1 mln lat temu. Są bardzo podobne, ale Bonobo są smuklejsze, mają mniejszą twarzoczaszkę, mniejsze zęby, w tym kły, i mają różowe, czyli jaśniejsze wargi. No i tak, ich mózg też jest jakieś 10 proc. mniejszy niż u szympansów zwyczajnych. Coś już powinno Ci się kojarzyć. To dość charakterystyczne cechy gatunków udomowionych, co już wiemy.
Seks rozwiązaniem każdego problemu
Gdy naukowcy przyjrzeli się stosunkom jakie panują między Bonobo to im szczęka opadła. Po pierwsze Bonobo rozwiązują wiele ze swoich problemów przez seks.
Przede wszystkim warto podkreślić, że bonobo są zdecydowanie mniej agresywne niż szympansy zwyczajne. Bo musisz wiedzieć, że szympansy to agresorzy jakich mało. Walki, potyczki, przepychanki i wszelkiego rodzaju bójki są u szympansów zwyczajnych na porządku dziennym. I to nie tam jakieś plaskacze, czy pohukiwania. Nie, mówa o porządnych szarpaninach, z których słabszy wychodzi mocno poraniony i ściorany. A i mocniejszy też nierzadko ma, co wylizywać.
Natomiast u bonobo jest inaczej. Nawet jeśli liczba utarczek jest podobna, to ich konsewkwencje dużo lżejsze. W niewoli widać to samo. Opiekunowie szympansów zwyczajnych muszą się nieźle nagimnastykować, żeby ich podopieczni się wzajemnie nie kiereszowali. Z Bonobo takich problemów nie ma.
Szympansy udomowiły się same
Biorąc powyższe fakty do kupy, czyli to jak bonobo wyglądają i jak się zachowują, naukowcy postulują, że przydarzyło im się coś podobnego, co nam. Szympansy udomowiły się same i tak powstał nowy gatunek: bonobo. Nie wiemy dlaczego presja selekcyjna zaczęła preferować osobniki spokojniejsze i mniej skore do bitki. Ale tak się stało. I teraz Bonobo to największa hipisowska komuna wśród naczelnych.
Lisy Bielajewa
Pojawia się pytanie: czy to w ogóle realne, żeby zmiany zachodziły tak szybko? Odpowiedź jest prosta, skoro zaszły, to znaczy, że były w stanie zajść. Ale to nie wszystko. Od jakiegoś czasu mamy powody przypuszczać, że taka selekcja w stronę obniżonej agresji może być naprawdę skuteczna i ekspresowa. Wiemy to przede wszystkim dzięki srebrnym lisom i pewnemu naukowcowi z ZSRR.
Lisy srebrne są piękne. Nawet zbyt piękne. Ich uroda to ich zguba, bo lisy te hoduje się na futro. Pochodzą z Kanady, ale od końca XIX wieku hodowle tych zwierząt prowadzi się także w innych częściach świata. M.in. na Syberii. I teraz tam się przenieśmy, a do tego jeszcze cofnijmy do lat 60 tych XX wieku. W tych wymagających okolicznościach przyrody i socjopolityki pewien radziecki naukowiec przeprowadził ciekawy eksperyment.
Lisy, wilki i udomowienie człowieka
Dimitri Bielajew chciał odtworzyć udomowienie wilka. Przyjrzeć się, jak taki proces przebiega. Tyle że te wilki to naprawdę dzikie zwierzęta, ciężko się je chwyta, ciężko chowa, dużo jedzą i w ogóle nie są najłatwiejszymi obiektami do badań. Co innego srebrne lisy. Te już trzymano w niewoli w licznych hodowlach. Nie udomowiano ich, bo nie miały być towarzyszami ludzi, a jedynie odkarmiano i zabijano na futro. Ale Bielajewa nie obchodziły handel tym surowcem.
Wybierał do swojego eksperymentu młode, które najmniej bały się człowieka. I tak z pokolenia na pokolenie zostawiał do dalszego rozrodu takie liski, do których można było coraz bliżej podejść, zanim te zaczęły się rzucać. Prosty czynnik selekcyjny. I okazało się, że bardzo skuteczny.
Już po kilkunastu pokoleniach, czyli po kilku latach większość miotu była spolegliwa, łagodna i uległa. Udomowione lisy Bielajewa merdają ogonem, mają krótsze łapy, opadnięte uszy, dają się prowadzać na smyczy, akceptują towarzystwo psów, są spokojne wobec ludzi i nawet nadają się do domów z ogródkiem. Nie przyjęły się jako zwierzę domowe z bardzo prozaicznego powodu. Cuchną jak dzikie.
Spolegliwość zmienia wszystko
Wniosek z eksperymentu Bielajewa jest prosty. Wystarczy presja selekcyjna na jeden jedyny aspekt – spolegliwość i niską reaktywność wobec człowieka, a kaskada zmian wydarza się w mgnieniu oka. W mgnieniu oka z perspektywy ewolucyjnej. Bo realnie to w skali kilkunastu, kilkudziesięciu pokoleń. Tak jest u lisów, i tak pewnie było u ludzi.
W każdym razie efekt jest taki, jak każdy widzi. W porównaniu do naszych najbliższych kuzynów, zarówno szympansów, jak i Bonobo, jesteśmy jak łagodne baranki. Wiem, trudno w to uwierzyć, ale naprawdę tak jest. Nawet jak sobie jeden z drugim po pijaku wybije jedynkę albo złamie żebro, to naprawdę kropla w morzu tego, co robią inne naczelne. Policzno, że w ludzkich społecznościach jest 1000 razy mniej fizycznych konfrontacji niż u szympansów.
Skoro jest tak dobrze, to czemu jest tak źle?
W takim razie: czemu są wojny, napady, walki gangów i całe okropne zło tego świata. Jeśli interesuje cię ten temat, to sięgnij po jego książkę „Paradoks Dobra. Dlaczego jesteśmy tak dobrzy, skoro jesteśmy tak źli.” Tymczasem spróbuję w kilku zdaniach streścić poglądy naukowca.
Gdy myślimy o kotach, psach, srebrnych lisach i o ich udomowieniu najważniejsze jest dla nas to, by się nie rzucały. Żeby były łagodne, żeby można było do nich podejść, pogłaskać, popchnąć. Żeby się nie bały, ani nie atakowały. To wszystko sprowadza się do jednego – do poziomu reaktywności. Zwierzę ma spokojnie znosić obecność ludzi, ale też innych zwierząt. Jego układ sympatyczny, czyli system mobilizacji organizmu, powinien działać na pół gwizdka albo jeszcze mniej.
Dzikie zwierzęta nie są agresywne ot tak sobie. To ich sposób radzenia sobie z przeciwnościami. Szympansy są agresywne, bo ich miejsce w stadzie jest non stop poddawane próbie. Muszą każdego dnia udowadniać na jakim szczeblu drabiny społecznej stoją. Ta ich pozycja jest nieustannie zagrożona, więc powodów do utarczek nie trzeba szukać. Stąd te wszystkie bójki i przepychanki.
Udomowiony pies, koń, czy świnia ma inne zadania. Przeżyje i rozmnoży się nie dlatego, że zawalczy o swój los, ale dlatego, że pokarm i przeżycie zapewni mu człowiek. Zupełnie inna sytuacja. Reaktywna agresja nie ma sensu. Jest wręcz kontrproduktywna. Bo agresywne zwierzę będzie zabite przez człowieka, a w najlepszym przepędzone gdzie pieprz rośnie.
Pobudliwość nie popłaca
No i przełóżmy sobie to wszystko na społeczności prapraludzi. Do jakiegoś momentu waleczność, reaktywność, skłonność do bitki może i pomagała naszym przodkom w przeżyciu. W którymś momencie przestała. Osobniki dominujące, rozrabiające i atakujące z błahego powodu stały się problemem dla rodzin, klanów czy plemion. Na tym etapie ludzie już prawdopodobnie posługiwali się językiem, a jeśli nie to na pewno jakoś dogadywali, wspólnie polowali i gospodarowali. Ludzie, nie bójmy się tego powiedzieć, raczej mężczyźni, którzy mieli zbyt gorące temperamenty, psuli życie całej społeczności.
Kiepsko się współpracuje z kimś, kto wybucha pod byle pretekstem. A gdy wchodzi w grę pobicie, czy zabójstwo w afekcie jednego z członków grupy społecznej, to sprawa robi się naprawdę poważna. Na takim gościu po prostu nie można polegać. Nie wiadomo, kiedy mu furia znów odpali program zabójstwa kogoś następnego.
Wiemy, co się dzieje, gdy wśród udomowionych psów znajdzie się taki osobnik. Zostaje wyeliminowany. Przez analogię możemy sobie wyobrazić, że to samo działo się w społecznościach ludzi. Tylko jak to się działo? Hm, masz jakiś pomysł? No bez zaskoczenia. Wystarczyło, że zebrało się takich paru spokojnych, za to umiejących się dogadać. Mogli zaplanować rozwiązanie i wyeliminować delikwenta.
Zabójstwo z premedytacją
No i teraz od razu ważna sprawa. Żeby to tak mogło zadziałać, to ludzie musieli być bardzo hej do przodu. Planowanie, współpraca, poleganie na sobie, wspólne przeprowadzenie akcji – to są nie lada działania. Wymagają intensywnej pracy płatów czołowych. To też jest agresja, ale nie taka na nerwie, jak agresja reaktywna.
Wyeliminowanie, czyli zabicie na zimno, jednego członka przez grupę to poważna praca intelektualna. Jasne, w toku działania na pewno u tych ludzi pojawiała i wzbudzała się też agresja reaktywna. Ale u podstaw musiało być co innego: planowanie i współpraca.
Brak komentarzy